Twórczość

15.08.16

Z wyksztalcenia jestem nauczycielka historii, absolwetka UZ, LWSH oraz WSZ. Oligofrenopedagogiem, pedagogiem wczesnoszkolnym i nauczycielka jezyka niemieckiego z kilkuletnim stazem pracy zarowno w Polsce, jak i w Niemczech w charakterze nauczycielskim, pedagogicznym oraz rewalidacyjnym. Kocham Marie Montessori 😉 W dorobku mam tez jedna ksiazke, ktorej egzemplarze znajduja sie w Bibliotekach Narodowych Warszawy i Lipska.

Moja miedzynarodowa strona na facebook’u – Georg Friedrich Händel – fans of baroque music

W wolnych chwilach zajmuje sie pisaniem. To jedno z moich opowiadan pt. „Zlote Gory”. Pisalam to opowiadanie w domu mojej siostry w Palatynacie Renskim, posrod przepieknych wzniesien dwoch czesci Renskich Gor Lupkowych, rozdzielonych rzeka Lahn tuz u podnoza tysiacletniego klasztoru. Obecnie Sercan Bialych. Oraz w mojej dolnoluzyckiej siedzibie rodzinnej, nieopodal Spreewaldu i Zielonej Gory w Polsce.

 

„Złote Góry”

Niebożę
   Razu jednego Niebożę wyruszyło w świat daleki. Wędrowało przez siódme góry, ósme rzeki, gdzie mlekiem płynące i miodem, chaty z pierników, wiszące ogrody, złote płoty. Co tam za dziwy, cudy wszelakie? Po pierwsze, innym tam mówią językiem, ale ono w języku tym kształcone. Po drugie wiara jakaś od wieków zmieniona: baba biskupem, chłop z chłopem śluby wziąć może. Podziemne labirynty korytarzy, a tam szyny i po nich pojazdy metrowe, setki tysięcy różnobarwnych stworzeń. Z brazylijskiej puszczy papugi, afrykańskie strusie, mrówkojad z długim nosem, cała arka w jednym miejscu Noego.
   Ów ten Jegomość zwyczajnie całkiem się pojawił, a nawet pospolicie w zaczarowanej krainie jednakże pierwsze kroki postawił, Doliną Niezwykłych Drzew zwaną. Pałacowe dęby tam, wilki, dzikie świnie, bażanty. Puszcza prastara, leśne źródełka, polodowcowe jeziora, zdradliwe bagniska i kręte wody.
  –  Wcale nie podobna do innych ta moja leśna rodzina – myślał. Ptaszyny: jedna za tchórzofretkę wyszła, ta za gada, trzecia za kundla. Matka ich Nadobną Sową była, ojcem znany w lesie alkoholiczyna rodem znad Centralnych Pól i Czarnych Chmur. Za wcześnie umarł nieszczęsny, może zbyt późno? Pisklę jeszcze w gnieździe Niebożęcia babka karmiła jak chorobą straszną legł rażony jej mąż. Z dziupli często wypędzał, z pazurkami skakał, aż go pchnęła. Łbem w coś trzepnął i zmarł. Tak się potoczyło.
   Wojna potworna od trzydziestu lat skończona już, kiedy to sowy pierwsza córa na świat syna powiła. Pierwej ślub na prędce, bo co leśna zwierzyna powiedzą. Kapłan swój, bo z sów. Zrękowiny, zaślubiny i bodaj pierwszy na Polanie rozwód. „Jaki korzeń taka nać, taka córka jaka mać” – powiadają kapłony. Ależ fuj! To samo choróbsko obrzydliwe! Sowa Siuńka, jego matka, już nie chciała takiego męża.
   Tak oto, mniej więcej Niebożę, wyobrażało sobie, co ma być do jego opowieści wstępem. – Nać to nie korzeń, wiecie przecie – i przed siebie z tobołkami często pod wiatr szło.
   Bez mała cztery dekady w narodzie muzyków, romantycznych pisarzy, słynnej fizyczki, świętych, znanych wszędzie reżyserów. Nie da się wymieniać bez końca. Pośród zwierzątek prostych i dotkniętych. Na obrzeżach zaściankowej polany, jej rolnych przedsiębiorstw. Niekończących się pszenicznych pól z tysiącami chabrów i maków.
   Poznał smród kiszonki. Niedzielny rosół po mszy z opalonej nad denaturatem kury. Wiórków żółtego, krojonego przez babcię makaronu. Wspominał często surową mądrość sutanny, usta, dłonie prowincjonalnego proboszcza. Starożytny zapach kadzidła. Przejmującą ciszę katechezy. Misteria Nabożeństw Majowych, Różańca, Pasterki. Zawieszone na krzyżu wyrzeźbione zwłoki Boga.  Nauczycieli pochłoniętych ideami rewolucyjnych sąsiadów obok tych, z nimi walczących.Rodzinne biesiady, dziecięcy śmiech. Zabawy, alkohol, szynkę, grzybki z octu, swojską kiełbaskę oraz bigos.
   Granica z Zachodem zamknięta, rządy zdeklarowanych systemuchów. Trutni złodziei bez wstydu, może świadomości. Dzisiaj na emeryturach lub już zapomniani, pod grubą warstwą tutejszej ziemi. Opowiadano o rozbiórkach całych miejscowości na cegły do stolicy. Profanacjach świątyń i cmentarzy. Pamiętał nocne konwoje sojuszniczych żołnierzy.
   Czasami też Niebożę pisało nawet bajki: „Pewien bogacz złapał kiedyś złotą rybkę, a rybka obiecała. Nie był głupim bogaczem. Pomyślał. Lat nie miał za mało, ani zbyt dużo. Ważne, że był. A życie jego nie było ani zbyt łatwe, ani nawet trudne. Chciał być. Na pewno. Tak. Pragnął. Tak pragnął, iż nie wiedział cóż pragnie ponad to. I spełniło się pierwsze. Został ponad to. Choć jeszcze o tym nie wiedział popatrzył w niebo i ujrzał pojęcie. Spojrzał nieco popod brodę a w lustrze wody również ono. Zrozumiał niebo gwieździste ponad to co ujrzał. Pojął, że to było jego pierwsze spełnienie. Zapragnął rozumieć więcej. Począł. I nie mógł już ani tego co musi, ani tego co może. Zażyczył sobie wiedzieć o czym zechce i stało się. Nikt go dotąd jednak nie usłyszał, bowiem gdy najbardziej zapragnął niewiedzy uświadomił sobie, że wiecznie tylko jej będzie pragnął. Wiecznie pragnąć zaś, wiecznie cierpieć z niespełnienia. Tylko jej łaknąć mógł do nieskończenia nieskończenia. Samej w sobie nie mógł jej wiedzieć i tylko jej do ponad przyszłej nieskończoności. I oniemiał. Z bólu? I ogłuchł dla nas. Gdzie jest teraz, albo teraz? On jedynie to wie.
   Pewien żebrak znalazł kiedyś kryształową kulę. A w niej każdy los. I swój. I ujrzał, że niedługo umrze. Twój los też tam był. Czy myślisz, iż chciałbyś poznać tego żebraka? A może to on pierwszy… najciekawszy los, lub najsmutniejszy bogacza. I cieszył się ze swego szczęścia. Ujrzał złotą rybkę. Zapragnął niewiedzy. Umarł.
   Razu jednego szedłem. Znalazłem szkielet. Obok leżała kryształowa kula. W niej wszystkie losy. Zapragnąłem ujrzeć ich sens. Kula opowiedziała mi ową historię. Gdzie jest teraz? Albo teraz? Odnalazłem rybkę, lecz była zmęczona i tylko pod jednym warunkiem, jedno życzenie spełnić mi chciała. Poprosiłem o nieobojętnych ludzi. Dlatego myślisz teraz.
   Oddałem kulę. Być może patrzy na nas rybka i raduje, że chociaż ludzie pragnąc więcej, niż to co jest, potrafią jeszcze żyć chwilą obiektywnie obojętną i dzielą się jak chlebem człowieczeństwem. A jeżeli niestety nie, to tak być powinno subiektywnie, nawet ponad to co jest z zewnątrz. Wtedy czuje się pojęcie jak wieczność. Tą radość, że się jest pośród istnień pokrewnych niesamotnie”.
   Niekiedy ten nasz Mość także wierszem pisał: „Na Łużycach mgła. Noc coraz dłuższa. Skrzypi grzyb. Błądzą echa. Ciemnozielone mchy brodacze przymrużają powiek. A wśród nich oni, niby to z koszami we wrzosy. Owady podróżują babim latem na gapę. Nie patrzą brzozy wyrozumiałe. Jedynie wiatr wpada, umyka zaraz i peszy pomylony.
   Dzień coraz dłuższy. Miodzi czeremcha gardząc bluszczem, gdyż świtem odurzona jak brylantem rosa. W śnieżyczkach chichot rubaszny, jak pszczoła spragniona w zawilcach. Jakieś dzieci zrywają fiołki. Ptak strażnik ostrzega w popłochu. Czmychają marzenia w kryjówki gęste dobrodusznych liści.
   Noc coraz krótsza. Zwiastują Kupale świetliki. Cichną gawędy słowika. Brodzą księżyce w jagodach. W borówkach pęcznieją słońca. Kora klejona żywicą. Flejtuch ślimak wciąż dręczy poziomki. Nagość głodną komar przepędza. Chłodne lustra jezior to schrony. Błękitne na przemian i gwiezdne otwierają wrota. Muzyka na wodzie. Sitowia udają tylko niewinne. A wieczorem krzyczą tak głośno.
   Na Łużycach cichy puch. W domach świerk, białe obrusy. Barszcz, a w nim odstające uszy. Zwyczajna historia życia”.
Istotne
      – Dosyć milczenia! Istotne? Pośród przestrzeni bez początku i końca tych wszystkich, którzy już byli, teraz są z nami i obok nas, którzy jeszcze przyjdą. Wobec miliona lat świetlnych i bezlitośnie mordowanych w imię potwornych idei. Umierających równocześnie z niedostatku i nadmiaru.
   Jestem. Oglądam słońce i gwiazdy. Czuję pod stopami chłód porannej rosy. Smakuję i słodko śnię. Piję młode wino. Obserwuję lasy, łąki i rzeki. Podziwiam miasta. Doświadczam mądrości, wszędobylskiej głupoty. Słyszę śpiew ptaków, sopran primadonn, kocham, jestem kochany. Dziękuję Panie Boże Mój!
   Wcale nie pierwszy i nie ostatni w tym miejscu, ale właśnie tylko moim – istotnym. Rozważając pojęcia wpatrzony w Drogę Mleczną. Boskość człowiecza, Bóg Człowiek. Raczej wszystko zmierza do swojego końca. Wystarczy poczekać.
   Zapisuję czystą kartkę punktami czarnych liter. Palę kolejnego papierosa. Szumią listki drzew kołysane świeżym, sierpniowym wiatrem. Dany mi jest pewien czas.
   Od zawsze poznaję i nie mogę przestać. W tej chwili narodził się właśnie gdzieś i odszedł geniusz. Wydarza się dramat. Niby wszystko już zostało zapisane, a może wymyślone. Kiedy odkrywam, wiem że nie jestem pierwszy.
   Istota piękna wydaje mi się być nieskończona. Sokrates wie, że nic nie wie już tysiące lat. Poznaję siebie bezustannie. Modlę się. Odwiedzam świątynie. Śmieję, cieszę całą gębą. Żyję.
   Nie mam już do nikogo żalu. To co nie uśmierca często wzmacnia od wewnątrz. Nie duszę łez. Niech płyną. Nikogo nie omija cierpienie. Każdy niesie swój Krzyż jak Jezus. Każdy upadał, wątpił, bał się. To takie ludzkie. Jak miłość i śmierć. Początek i koniec.
   Istnieje tak wiele światów. Każdy niepowtarzalny. Setki z nich pozostało śpiących, a może niespokojnych zasklepionych w katedrach, malujących fresk lub portret, rzeźbiących posągi półbogów, zgłębiających uniwersum, czas, myśli, czyn Brutusa. „Metamorfoz” wkomponowanych w libretta, partytury, pięciolinie. Bach i jego msze. Amadeusz – dwadzieścia siedem fortepianowych koncertów!
Stare Prawdy
Niebożę kochało kwiaty. Takie żywe, słoneczne, radosne. Pachnące oddechem ziemi i prawdą. Bezbronne tuliło się niewinności, której wierzyło, gdyż była wszystkim, co wówczas posiadało. Tą zbawienną nieświadomą czystością, idealnym stanem dzieciństwa.
   Kochało pewną Starą Panią Prawdę i prosiło ją o kwiaty dla mamusi. A Stara Pani Prawda będąc już szczęśliwa wolterowskim ogródkiem z ochotą wykopywała tęczowe. I sprawiało jej radość cieszenie się nieswojego synka, za swoim wciąż tęskniąc wieczorami przytulając pieska.
   Fascynowało go przesiadywanie w kuchni u Starej Pani Prawdy. A Pani tak pięknie opowiadała. Przed wojną w Ziemi Obiecanej mieszkała, gdzie w sklepiku u jakiegoś Żydka za parę groszy od tatusia owocowe cukierki kupowała. I w tym sklepiku na ladzie siedziała wypchana wiewiórka. Pułki uginały się od słodyczy, owoców i warzyw. Ono było przekonane, że to systemuna pozbawiła sklepów tych dziwów wszelakich sprzed drugiej światowej, że to ona zawiniła pustkom półek sklepowych prowincjonalnych dziur. I przynosiło w prezencie dla Pani Starej Prawdy, od swojej mamusi to kawę, to znów zagraniczne czekoladki, bo mamusia za rzeką w fabryce pracowała, na długo przed zjednoczeniem i muru upadkiem. To Pani Stara Prawda ptasie mleczko kupowała dla niego, to ciężko wystane zielone pomarańcze, a przy okazji mamusię o drobną przysługę prosiła. Siateczek na włosy potrzebowała by ochronić żmudnie układane fale. To kiedyś stanik, to majtki.
   Niebożę z Panem Starym Prawdą uwielbiało chodzić do parku na opieńki, z których babcia sosidło gotowała. Potem jadło ze śmietaną grzybowy. Tak bardzo mu smakowało, jak zupki z borowików, co to Pan Stary Prawda przynosił, a jego żona nad piecem nawleczone na nici suszyła.
Wiejski chłopiec
   Za domem z muru w kratę epoki pierwszego sąsiadów kanclerza – ogród. Przyjemna, intensywna woń roślin. Ziół, kopru, kapusty, pomidorów, pietruszki, marchewki. Kilka starych kwitnących jabłoni.
   Setki owadów. Brzęczenie pszczół, trzmieli, dziwacznych much. Pośpiech motyli, pawich oczek, cytrynków, paź królowej. Olbrzymie ważki. Szybujący pterodaktyl. Biedronki, pająki, roje pielęgnowanych przez mrówki mszyc. Wojownicy faraona. Słodki nektar i miód.  Żerujące na warzywach gąsienice. Prawdziwa inwazja obcych.
   Tam kretowiska tu czerwone porzeczki i kłujący agrest. Mikrokosmos wybujałego życia ogrodu. Olbrzymy winniczki, ropuchy, wilgotne żaby. Potwory okresu jury. Raj pierwszych ludzi. Palące słońce. Błękit nieba. Przeźroczyste spojenie jaźni z pięknem kwiatów kartofli. Zapachem śliwek, świeżo rozkopanej ziemi. Istnieniem wiejskiego chłopca. Pragnieniem poznania budowy komórki liścia. Pierścienia dżdżownicy. Życia maleńkich nornic. Cyklu płodzenia i rodzenia się.
    Przenikliwy świergot ptactwa. Klekot bocianów, kwilenie jaskółek. Zaczarowane arie kosów. Miłosne wyznania słowików. Klęgor żurawi i klucze dzikich gęsi. Krzyki czapli, nawoływania wilg i bąków. Szpiegostwo kukułki. Uczty dzięciołów, czubatek. Akrobatyka orłów. Nocny zwiad sów.
   Podwórze skąpane w gwiazdach lipcowej nocy. Pierwszy Wielki Wóz. Gwiazda Północy. Dziecięcy śmiech. Zabawy w chowanego. Letnie wędrówki smarkatych odkrywców.
   Za ogrodem święta ziemia kilku nacji. W czasach systemuny prawie zapomniana. Tuż przed transformacją w końcu nasza. Strzelista wieża kościoła. Słychać w nim jeszcze gorycz zwycięstw króla filozofa i zesłanego na wyspę cesarza. Tuż obok najprawdziwsza kraina antów. Dolina Niezwykłych Drzew.
     Schronienie w lipowych alejkach refleksji. Egzotyczne liście liliodendronów tulipifera. Odurzający zapach jaśminów i azalii. Cieniste kopuły fagusów silvatica. Kiście żółto, biało i czerwono kwitnących kasztanowców. Powykręcane setkami lat ramiona platanów na tle zimowej pełni księżyca. Dzieci poszukujące skarbów pośród tajemniczych ruin, zarośniętych fontann. Cierni glediczji, kwiatów trzmieliny, gałązek miłorzębu, liści surni. Wszystkie tajemne składniki fantastycznych potraw. Ekspozycji oraz jedynych w swoim rodzaju bankietów pośród soczystej eksplozji zieleni. Symfonii i koncertów kształtu, wariacji zapachów wczesnej wiosny. Niedźwiedziego czosnku. Konwalii i śnieżyc. Cebuliczek i zawilców. Przetacznik ożankowy z żywokostem. Pokrzywa z podbiałem. Podagrycznik z jasnotą. Kwiatostan lepiężnika.
Nic na nic
    Metropolie łopuchów. Systemy kłączy. Mają gdzieś w korzeniach dżdżownice widoki. Rodzą się by śpiewały kosy i czarnoziem zapładniała Niobe. Piętrowe kamienice liści. Nerwy zjedzone. Wieże łodyg. Piesze mrówki. Na skrzydełkach łuski zbyt ulotne. Niespełnione miłości. Pomniki bohaterów, martwe ciała napastników. Szpitale ziół. Pękate silosy. Żuk buntownik z wyboru. Bezsenność tyranów, co własne pęta snują. Chwilowi bogowie. Świątynie jaj. Płyną żyłkami ulice. Szumią sokospady. Kataklizm niszczy osiedla. Zaraz na powrót odrodzone szkoły witamin. Śmieszne lekcje rozrodu. Na kwiatach i pod łopucha tkankami. Po prostu nic na nic.
Dolina Niezwykłych Drzew
– Świat piękny, ale ludzie podli synku – mówiła jego babcia, stara sowa. Tak niesprawiedliwie umarła. Anioł śmierci z nieba na pająku zszedł w dół. Łzy płyną nad kamieniem, aż do tego dnia. Każdego z nas przykryją. I zatrzyma się czas już na wieczność.
  A w Dolinie przed tysiącami lat stada reniferów i mamutów wędrowały, za nimi pierwsi koczownicy. W końcu stopniały lodowce. Z nadmiaru wód na ich miejscu nieprzebyte bory, tudzież bagniska rozlały. Setki lat osad pośród polan, grodów z palisadami dla obrony. Potem odkopane urny ze szczątkami przepalonych ciał. Królowie chrobrzy, ciągłe walki, krew, krzyk, ból. Budowy kościołów na cmentarzyskach lub świętej ziemi pogan. Miecz i krzyż, łeb w łeb. Rycerski łup wydarty gwałtem. Czasy książąt, grafów, biskupów, pieczonego w piecach chleba przez lud. Dolina przechodziła z rąk do rąk. Aż w końcu pojawił się on. Paw, królewski paź, co Dolinę w Niezwykłą odmienił.
   Nakazał rozplanować i zasadzić tutaj drzew zza Wielkich Wód. Powstały aleje lip bananowe, labirynty krzewów strzyżonych, cytryn. Wielki Pan, egzotyczny. Jak szedł na kolana padali, a czapki zdejmowano z głów. Najprawdziwszy Eden wymarzył.
   Czy z tęsknoty za aniołami, słodkim, niewinnym, pierwszym uniesieniem? Duchami ukochanymi, które odeszły skrywając tajemnicę? Każdy w swoją stronę albo migotania świec listopadowego święta. Dokąd? Dlaczego tak? Bez pożegnania. Tajemnica pewnej góry. Oczy szeroko otwarte i zamknięte. Anima i nieświadomość. Dawno umarła Kleopatra albo ją zamordowali. Jak Cezara i jego syna. Nie żył Marek Antoniusz. Już narodził się Zbawiciel. Rzym Oktawiana. Miłość Galatei Owidiusza. Inspiracja Rafaela. Willa Farnesina Agostina Chigi nieopodal Wiecznego Miasta. Tuż przed wystąpieniem Marcina Lutra. Następnie scena teatru Haymarket w Londynie AD 1731. Rok później „English Pastoral Opera”  pod batutą Händla. W roli Akisa Senesino. Galatea, Anna Maria Strada. „As when the dove”, “Must I my Acis still bemoan”. Introwertyczne zmagania od zawsze. Wieczne rozdarcie pomiędzy cielesnością i tym co nie uchwytne dla każdego. Rzeczywistością i ideą. Poczuciem szczęścia i depresją. Miłością i nienawiścią. Tanatosem i Erosem. Bogiem i Szatanem. Paranoją i obiektywną równowagą. Straszna świadomość „panta rhei”. Sprofanowanych krypt grobowych królów Francji. Gdzie leży ten „złoty środek”?. Jaskinia cieni. Anamnesis. „Requiem”. “Wariacje goldbergowskie” i Glenn Gould.
   Ponad moczarami leniwe chmury płyną po błękicie. Pióropusze paproci, kiście dzikiego bzu, owoce jarzębiny. – Takie jak kiedyś Zosiu – tutejsze Drzewa szumią dalej, czasem dramatem, albo romansem, często się śmieją. – Jeszcze wczoraj jadłaś kaszankę i kiszone ogórki z chlebem ze skwarkami – wołają.
  Mówią o tragedii z wątkiem włoskiej Romki. Zakochanej do szaleństwa w ułanie. On walczył pod Monte Cassino. Zawrócił w głowie majątkiem, po którym po wojnie już nic nie pozostało. Ruiny stodoły. Zimno. Latami ukrywał przed nią tajemnicę o pierwszej żonie. Z Francji przyszedł list pewnego dnia. Czar prysł. Wszystko się skończyło. Ból, rozpacz, gniew.
   O losach małej dziewczynki szeptają. Babci sióstr, rozdzielonych sporym kawałkiem świata. W sierocińcu za Armią Andersa, przez krainę starożytnych Persów do Afryki szła. Zapierające dech wspomnienia z Tengeru podczas kuchennej krzątaniny. Wypieku sernika i makowca. Zapach cynamonowych sklepów, maku i migdałów. Wigilijne opowieści.
   Nawet o gipsowych odlewach ciał z Pompei peplają. O popękanych wrzącym mózgiem stosach czaszek. – Kim byli? O czym noc wcześniej rozmawiali? – pytają.
   Jak posłuchasz to usłyszysz o strzeżonej tajemnicy Chin. Lśniących w słońcu skorupkach Cypraea lurida. „Porceletta”, Marco Polo. Pracowniach alchemików. Barwnych fiolach wrzących mikstur. Cichym bulgotaniu magicznych emulsji w szklanych naczyniach. Marzeniach o produkcji złota. Głębokich korytarzach oświetlanych smolącymi pochodniami, krętych zakamarkach podziemi Drezna.
  Opowiadają o wędrówkach z słuchawkami na uszach po ścieżkach wydeptanych setkami pokoleń przy jeziorze. Wiklina skrzeczy, tatarak hołduje, sterczące bazie skarżą się na złodziejaszków przed Wielką Nocą.
   Po drugiej stronie poszarpanej wiatrem tafli hektolitrów polodowcowej wody wzgórza. Paleta barw różnobarwnych liści drzew jesienią. Purpura i lśniąca żółć, świerkowa zieleń, pomarańcz jesionów, deszcze jadalnych kasztanów. – Wysokie gałęzie drzew niczym kopuła nade mną. One żyją. Wydają się poruszać, szeptać. Promienie słońca oślepiają. Rozdzierają półmrok mieczami światła jak witraże rozet katedry.
   „Se pieta di me non senti”, „Vadoro puppile”. Głos anioła wołający z przestworzy dziejów. Z nieuniknionej ostateczności. Przed oczyma slajdy wspomnień. Roje chwil, co odeszły na zawsze. Zachwytów, urojonych tragedii, wygasłych miłości. Lat szkolnych. Wycieczek klasowych. Letnich koloni za granicą. Zapach i szmer łużyckiej Spreewy. Jakiś harcerski obóz wędrowny po zamczyskach. Jeżyny na ścieżkach. Pierwsze prywatki sylwestrowe bez opieki rodziców. Wyprawy pod namioty. Gitary, ognisko, śpiew zakrapiany po świt. Niespełnione marzenia. Zimowe zabawy na łyżwach na zamarzniętym jeziorze.
   „Piangerò la sorte mia” śpiewają drzewa w Niezwykłej ich Dolinie. Aleje platanów do zrujnowanego kościółka, renesansu grobowych krypt. Obok ukochany piesek. Czarna jak noc. Z poszycia wygląda piegowaty muchomor. Przecina drożynę kos. Setki twarzy zapamiętanych. Wiele z tych dzieci już po rozwodzie. Tamten odsiedział parę lat. Pamiętasz ich? Ona zdradziła męża ale dalej z nim jest. – Zginął w wypadku.  Niestety powiesił się. Umarł z przepicia. Stracili dziecko. Niedawno ściągaliśmy z matematyki i biologii zadania. Pan z plastyki opowiadał bajki. A na historii siedzieliśmy cicho. I te lekcje chemii niezapomniane, takie ciepłe. Śmiech nieopanowany na geografii. Wygrany konkurs tańca i zabawy na wiejskiej sali gimnastycznej. Nie chcieliśmy grać na fletach. Wstawiali niedostateczne. Jak chcesz to o wszystkim opowiedzą.
Sny
  Śnię, że mnie już nie ma. Obudziwszy się oddycham z ulgą. To Apollo bardziej kochał Hiacynta, czy Zefir? Marsjasz musiał umrzeć? Polifem zabić? Eros zakochać w Psyche? Alcina zaczarować Ruggiero? „Ah! Ruggiero crudel!”. Głębie oceanów, korytarze stalaktytów człowieczego wnętrza. Mitologia Freuda, archetypy Junga. „Być, albo nie być?”. Pakt doktora Fausta. Dziewięć cór Mnemosyne.
   Spowite jesienną mgłą, podmokłe łąki Dolnych Łużyc. Zapach drożdżowego ciasta ze śliwkami, kartofli z ogniska. Jabłek w piwnicy, wina. Aloesu i anginki z parapetów. Czarny piesek Żuczek. „Wesele w Kanie Galilejskiej” Paolo Veronese na ścianie, jakaś kopia. Ciężkie pierzyny z gęsiego puchu. Stopy ogrzewane w piekarniku kaflowego, kuchennego pieca. Żar węgla i strzelanie palącego się drewna. Lektura, perypetie młodego Faraona, po zabawie na śniegu i sankach. – „Kończ waść, wstydu oszczędź!” – w telewizji. Smak świerzynki, wieprzowo-wołowych flaczków z gałązkami majeranku zaraz po świniobiciu. Klimat niedzielnych „Teleranków”, komentarzy Davida Attenborogh, wiejskich odpustów. Komedii Luisa de Fines. „W Starym Kinie”. Sztuka Chapplina. Klasztor  i walki w tutejszym kinie. „Z kamerą wśród zwierząt”, „Pieprz i wanilia”. „Muppet show”, „Fraglesy”. “Był sobie człowiek”. Komedie Bareji z tajemnicą wigilijnych potraw i prezentów. Czarno-białe Bożonarodzeniowe szopki. Sośnicaka, Smoleń i Laskowik. „Sami swoi”. Babcine wielkanocne ciasta. Przygoda rezolutnej pszczółki, zbieraczy gumijagód. „Krzyżacy”, „Pan Kleks”, szkolne wykopki. Bajki Konopnickiej. „Szogun”, „Korzenie”, „Oshin”, „Robin z Sherwood”, „Janosik”, „Arabella”, doktor Mraczek. Marzenia o telewizyjnym pilocie po kolejnym odcinku „Powrotu do Edenu”. Komedie Drdy, rosyjskie baśnie, świat Walta Disneya. Wojownik Czaka. – Wszystko przemija. Jakie to wkurzające! – pomyślał Niebożę, wypił kawę i wziął się do pracy.
Cukinie znad rzeki Wina i Łez
   Nad rzeką Wina i Łez, onegdaj, zamieszkała wraz z basiorem swym biała wilczyca. Siostra ukochana Niebożę. Setki kilometrów od kałuż i płodnych lasów łużyckich w jamie u stóp porośniętych Spätburgundem wzgórz. Na szczytach ruiny zamczysk i klasztor Sercan. „Nic się nie dzieje przez przypadek. Ty sobie możesz chcieć i tak będzie, jak ma być” – mawiała.
  Wilczyca od zawsze ścieżkami tylko sobie znanymi chadzała. Wraz z mężem na małej działeczce uprawiali cukinie. Ach, co to były za lata kiedy rodziły swoje zielone, mięsiste owoce? Dyskusje po świt konia z dyszlem, wyznaczanie kierunków następnego polowania. Bo basior z miłości to gryzł. Podobnie ona, gdy na głowę za dużo nabrała, a szczeniaki jeszcze w gnieździe.
   Basior zanim wilczycę poznał ze skunksicą był. Dwa maluchy spłodził, co mu je w workach na śmieci spakowane postawiła raz pod drzwi. I co robić? Z dwójki, czwórka się zrobiła nagle. Trzeba było o wszystko walczyć.
   A wilczyca prawie wyrodną zagryzła. Co za matka dzieci bez skrupułów oddaje? Bo ona właśnie teraz zamierzała żyć i podnieść skunksi standard. Nawet sobie coś wycięła, żeby tylko w cudze szczęście z buciorami wleźć, i co można to podeptać. Taka jest śmierdząca prawda.
   – Cukinie należy obrać, posolić, popieprzyć, obsypać mąką, w jakach roztrzepanych zanurzyć, potem smażyć na oleju następnie w plastrach jeść. Podobnie strojzel bojzel na drożdżach z owocami i kruszonką, tylko jego trzeba piec – pisał w kuchni przy stole, w jamie ciepłej wilczycy ukochanej swej.
   Wilczyca wielkiego serca do pomocy każdemu w potrzebie skora. W wiedzachbiałoksięskich wprawiona. I syrenę sprowadziła znad łużyckich bagien do siebie, co to kochając zejść na brzeg musi i po ziemi jak po rozbitym szkle stąpać. I trolicę spod zdradliwych mokradeł, co jadem pluła, z maleństwem pomogła zeswatać w tutejszym Palatynacie. Młodą kozę przygarnęła, bo nie mogła znieść, jak bije ją głupi cap.
   Babką jej Nadobna Sowa. – Nadzieja umiera ostatnia – razu pewnego rzekła do wnuczki, ona przywitała ją w Drodze Ostatniej, różanym paciorkiem znad Loary  i pachnącym kwiatkiem.
    Druga wieża Babel
    Swojego miejsca szukam we wszystkich porankach świata. W duszy „Baraka” i „Samsara”. Wiem. Mój nowy Babilon – miasto miłości i koszmaru. Tutaj w budowie druga wieża Babel. „Ombra mai fu” – azjatycki śpiewa kontrtenor. Niech żyje Kserkses „il Caro Sassone” i Farinelli! Daleko do Wenecji.
   Konstablerwache, parę kroków stąd tatuś i mamusia śpią cierpień młodego Wertera. Spaceruje hermafrodyta. Przestrzeń kantata wypełnia – „Wiederstehe doch der Sünde” kapelmistrza. Królowi „Wielką Mszę h-mol” przeznacza. W śmietnikach chleba powszedniego szukają, pod drapaczami chmur w kartonach w grudniową noc.
   Złote Góry. Gdzie one są? Ktoś obiecał przecież. Mieć nadzieję i zawodzić. Przed nienawiścią bronić i kochać najszczerzej. Pokornie oczekiwać i z próżnością walczyć. Dziękuję za List do Koryntian najwspanialszy. Po górach wędruję odnalazłszy Horeb. Wcale nie są złote, a Tyś człowiekiem. Pozwól ucałować dłoni, służyć najprościej, musnąć szat choćby. Najdroższe Kochanie moje, kochać najbardziej na świecie.
Frankfurt nad Menem, lato 2014 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *